Więc dobrze, niech się zacznie ta historia. W końcu rzecz nie opowiedziana nie istnieje. Jeszcze nie ma zatem ani mnie, ani M., ani Tadeusza z drugiego piętra, który stoi za firanką i lustruje wzrokiem przestrzeń całej kamienicy. Nie ma Poli, Nikity, i tej całej zgrai anonimowych kotów, zamieszkujących parter. Nie ma właściwie całego domu o numerze 4 i coś, ani ulicy Targowej, ani Pragi, czy wręcz całej Warszawy. Jest tylko to zdjęcie. Tło całych wydarzeń.
piątek, 25 września 2009
Kamienica
Więc dobrze, niech się zacznie ta historia. W końcu rzecz nie opowiedziana nie istnieje. Jeszcze nie ma zatem ani mnie, ani M., ani Tadeusza z drugiego piętra, który stoi za firanką i lustruje wzrokiem przestrzeń całej kamienicy. Nie ma Poli, Nikity, i tej całej zgrai anonimowych kotów, zamieszkujących parter. Nie ma właściwie całego domu o numerze 4 i coś, ani ulicy Targowej, ani Pragi, czy wręcz całej Warszawy. Jest tylko to zdjęcie. Tło całych wydarzeń.
czwartek, 24 września 2009
Obszar
Właściwie to gdzie kończy się Praga? Niby wiemy, gdzie zaczynają się: Bródno, Targówek, Grochów, że przydzielono nas do konkretnych urzędów dzielnicowych, punktów wyborczych, ale przecież ten administracyjny podział to tylko złudzenie. W rzeczywistości Praga nie kończy się ani na żadnym skrzyżowaniu, ani ulicy. Biegnie na pewno od Wisły, bo to jedyna oczywista granica (tam jest przecież inna Warszawa, inne miasto). Z drugiej strony miasta Praga tworzy pofalowaną linię brzegową, złożoną z ostrych cypli, zatok, wysp. Tak, wysp. Bo na Pradze jest coraz więcej miejsc, które do niej nie należą. Są obce. To nowoczesne bloki, które stawia się w plombach po przedwojennych kamienicach. Wśród domów z czerwonej cegły wyrastają architektoniczne potworki, które grodzi się płotem, funduje szlabany, ochronę. Ludzie którzy tam mieszkają nie wychodzą na podwórze w letnie wieczory, nie popijają piwa siedząc na murkach. Przejeżdżają tylko przez Inżynierską, Stalową, Szwedzką i znikają za szlabanem, którego pilnuje ochroniarz w uniformie z nalepkami „skorpion”, „tygrys” albo innego groźnego zwierzęcia. Granicę Pragi wyznacza mentalność ludzi. Są cwaniakami zamkniętymi przed obcymi, ale którzy szybko też potrafia intruzów wchłonąć jako swoich. Jest tu bieda, alkohol, głupota, przemoc, ale i sztuka, kultura której nie ma chyba nigdzie indziej w Warszawie. Bo te wilgotne i zasikane bramy, te trzydziestoletnie kobiety ze spuchniętymi od alkoholu oczami, to przecież prawdziwe życie pozbawione zasłon. Idealna pożywka dla artystów, którzy nie boją się przeżywać i patrzeć. środa, 23 września 2009
Boisko

To był dziwny rok. Mieliśmy wówczas nie więcej niż dziesięć lat i na kilka miesięcy futbol stał się dla nas - chłopców z Pragi - ważniejszy niż dla fanatyków z brazylijskiej Copa Cabany. Choć ten zachwyt nad piłką szybko minął i nadeszły nowe fascynacje – gry komputerowe - to tej wiosny oddawaliśmy się kopaniu piłki z obłąkańczą zawziętością.
W każdy piątek, gdy rozlegał się dzwonek kończący lekcje stawaliśmy na szkolnym boisku - ulica przeciwko ulicy, blok przeciwko blokowi, dom z domem i toczyliśmy piłkarskie batalie. Wychodziliśmy z nich zakrwawieni, z podbitymi oczami i porwanym ubraniem, bo rozstrzygnięcia pojedynków piłkarskich i tak w ostatecznym rozrachunku odbywały się przy pomocy pięści.
W tym czasie tylko jeden mecz nie został rozegrany do końca. Był to ostatni dzień kalendarzowej zimy i strasznie padało. Piłka była tak ciężka, że kopnięta z całej siły przesuwała się zaledwie o kilka metrów, a my kompletnie nasiąknięci wodą wypluwaliśmy płuca na boisku. Wtedy w szumie padającego deszczu ktoś zawołał:- Głuchy spadł!
Głuchy, stary niedosłyszący mężczyzna nie jeden raz zalazł nam za skórę donosząc dyrekcji szkoły o naszych małych przestępstwach popełnianych na osiedlowych ścianach i szybach.
Przybiegliśmy na miejsce w kilka minut po wypadku z zamiarem odpowiedniego pożegnania naszego prześladowcy. Jednak, gdy zobaczyliśmy leżące na chodniku bezwładne poskręcane ciało, nasza chłopięca nienawiść nagle wygasła. Nikt z niego nie żartował. Nawet niezbyt rozgarnięty Robert D., który ostatecznie skończył jako robol pracujący w przerwach pomiędzy kolejnymi odsiadkami, nie potrafił wykrztusić z siebie słowa. Ta pierwsza „śmierć”, którą wtedy ujrzeliśmy wśród obskurnych bloków wydała nam się czymś świętym, nietykalnym, ale nieuchronnym. To było ponad dwadzieścia lat temu.
wtorek, 22 września 2009
Anglik

W dawnym Horteksie, tuż przy poczcie na Targowej, sprzedawali kiedyś wspaniałe bloki lodowe zawinięte w srebrzystą folię i tłuste, czekoladowe rożki na wagę. Wyjadało się z nich gęstą masę, miziając w niej palce. Była to przyjemność czysto fizyczna. Zresztą ciągle sprzedają te rożki, ale nie są już ani tak dobre, ani tak świeże jak kiedyś. Spotkałem tam parę zwiedzających. Ona była Polką, a on wyglądał na turystę, Brytyjczyka. Poznałem go po krzywych zębach a'la Hugh Grant i niezrozumiałym dla prażan języku.
- To najbardziej niebezpieczna area w tym mieście - powiedziała cichym szeptem.
- Co przez to rozumiesz? - rzucił równie cicho.
- Wiesz, kradzieże, pospolite przestępstwa. Można oberwać, jak się wejdzie zbyt głęboko w jakąś bramę. Statystyki mówią, że tu popełnia się najwięcej w Warszawie morderstw i gwałtów - wyliczała.
Chłopak trochę się zaniepokoił i natychmiast poprawił swoją saszetkę, która znalazła się teraz na jego brzuchu. Domyśliłem się, że ma tam paszport, pieniądze, a może nawet mały aparat fotograficzny. Starannie omijali bramy. Czasem dochodzili do połowy przejścia, zerkali na figurkę Matki Boskiej, która migotała w oddali i natychmiast wracali w główny nurt ludzi idących Targową. A przecież dopiero tam, w tych wilgotnych bramach unosi całe mętne życie Pragi.
Wystarczy wejść, a nie zostawi cię obojętnym.
poniedziałek, 21 września 2009
niedziela, 20 września 2009
Dzień Pierwszy
Budzi mnie zaskakująca cisza. Grube mury nie przepuszczają żadnych dźwięków. Przejeżdża tramwaj, autobus, szczekają psy, a tu chłód i cisza. Minęło dziesięć lat kiedy po raz ostatni spałem po tej stronie Wisły. Jest wiosna. Pierwszy poranek, dzień, wieczór. Targowa już tętni życiem. W porównaniu z Mokotowem, który budził mnie powoli kawą i ciastkami na Puławskiej, a sam poranek był delektowaniem się świtem i pięknem świata w Łazienkach - tu wszystko się zrywa nagle i gwałtownie.
Przekupki przed Różyckim wystawiają suszone grzyby, tłuste kaczki zawinięte w folię, syropy malinowe, jajka, mleko, białe sery zawinięte w gazę. Halina jest po sześćdziesiątce i przyjeżdża tu ze wsi spod Wyszkowa od dwudziestu lat.
- Jajka są od Stasia - mówi, gdy pytam czy na pewno nie są z chowu klatkowego. - Jemu się w życiu nic nie wyszło. Co tylko zaczął, to zaraz musiało splajtować. Pieczarkarnia, hodowla koni, a teraz ledwie wiąże koniec końcem. Taki nie fart ma. Nawet żona mu odeszła - mówi Halina, pocierając rękę o rękę, bo marzec jest chłodny w tym roku. Szadź osiadła na metalowej bramie.
- Ma tylko trochę kur i parę kaczek. Na życie ma ty tyle co mu jajek sprzedam - dodaje i nakłada foliowej torebki dziesięć sztuk.
Jeszcze nic nie wiem i niewiele pamiętam. Zastawiałem się czy i za co lubię Pragę. Chyba z tej samej przyczyny co Afrykę - Kenię, Sudan, Mauretanię, czy Ukrainę i Rosję. Czyli z powodu bałaganu, chaosu, nieuporządkowania i tego, że nie można być samemu. Ulica się tobą interesuje.
W bramie zaczepia mnie chudy jak patyk mężczyzna. Ma spuchnięte oczy i trzęsie się z zimna. Jak większość "ludzi z bramy" cierpi na chorobę alkoholową. Widząc "nowego" wyciąga rękę na powitanie. Przez chwilę stoimy w milczeniu patrząc sobie w oczy.
- Który numer?
- Z pierwszego piętra
- Acha. To ja Dareczek jestem. Jak masz kłopot to wal do mnie jak dym - mówi i po krótkiej chwili nie wypuszczając mojej dłoni rzuca: - Kopsnij kolego piątkę na piwo.
I nie czekając na odpowiedź rzuca: - Odkopsnę w tydzień, słowo honoru. Renta matki przyjdzie to odkopsne - zapewnia.
Daję mu pieniądze, choć wiem, że nigdy mi nie odda. Zresztą on też wie, że nie będę go prosił od zwrot długu. Umawiamy się bez słów, że to pożyczka bezzwrotna, a nie jałmużna.
sobota, 19 września 2009
Kiedy los wyciąga rękę
To było dwa i pół roku temu, w lipcu. Elżbieta Konopska doskonale pamięta ten dzień, bo czuła się źle. Tak źle, jak nigdy wcześniej. Ogarnęła ją jakaś szczególna niemoc. Rano bez sił zwlekła się z łóżka, aby zrobić siedmioletniemu Adasiowi śniadanie. Potem wcisnęła mu do ust apap, bo wydawało jej się, że gorączkuje i wygoniła na podwórko. Lepiej żeby ganiał za piłką niż ciągle siedział w rozgrzebanej pościeli i oglądał kreskówki. Z rozpędu chciała jeszcze odkurzyć dywan. Próbowała trzy razy. Szorowała kawałek materiału i odpoczywała. Potem znów kawałek i znów przysiadała na podłodze. W końcu zwinęła go ze złością i postawiła w rogu pokoju. Zamiotła wykładzinę podłogową i poszła do lekarza. Badania na początku nic nie wykazały. Morfologia, OB były doskonałe. Kazali jej zrobić cytologię i czekać na wyniki, a Konopska czuła, że dnia na dzień słabnie. Po tygodniu jakby nigdy nic zadzwonili, że ma nowotwór. Załamała się. Dzieciak ma siedem lat, a ja mam raka. Może lepiej coś połknąć żeby nie cierpieć - myślała. Kilka miesięcy w oczekiwaniu na operację przeżyła jak we śnie. A kiedy ze szpitala wróciła do łóżka, to nie miała ani siły, ani chęci do życia. Oprócz jajników usunęli jej 13 węzłów chłonnych. Ciągle pojawiał się kaszel, gorączka, złe samopoczucie.
Życie jak to na warszawskiej Pradze, bieda, brudne bramy, alkohol. Konopska chodziła do sióstr Albertynek po darmowe posiłki i ubrania. Któregoś dnia jedna z sióstr powiedziała, że przyjdzie do niej pewna pani i oceni jaką ma sytuację i może weźmie ją pod opiekę. - Wreszcie przyszła jakaś dama pięknie ubrana w kapeluszu i koronkowej sukni - wspomina Konopacka. Pytała o dzieci, zarobki, a potem kazała to wszystko spisać. Kto ile ma wzrostu, jaki nosi rozmiar butów i co mi potrzebne. I pani sobie poszła.
Następnego dnia obudziło ją pukanie do drzwi. Otwiera a tu jacyś ludzie wnoszą jej lodówkę, kolorowy telewizor. - To był mój pierwszy kolorowy telewizor - mówi Konopska. Ktoś wpłacił pieniądze na czynsz i dostarczył paczki żywnością i odzieżą. W ciągu trzech miesięcy, to tak się człowiek odbił, że czuliśmy jakbyśmy w totolotka wygrali. Dzieci chodziły do szkoły w nowych ubraniach. Miały do szkoły kanapki z wędliną - mówi z łzami w oczach Konopska. Tą kobieta była Jadwiga Sobol. Staruszka, która w wieku 80 -lat przeżyła "objawienie" i założyła organizację charytatywną niosącą pomoc innym ludziom.
Jadwiga Sobol pojawiała się w życiu Elżbiety Konopska zawsze kiedy jej potrzebowała. Tak było i wówczas, gdy Konopska chorowała. Leżała w łóżku po operacji, gdy zadzwonił telefon. - Pani Jadwigo chyba coś sobie zrobię, bo już nie wytrzymam - użalała się. - Państwo wychowa mojego synka, albo starszy syn - zaczęła narzekać. Sobol tylko się zdenerwowała: "Żaden syn nie będzie ci syna chował, ani tym bardziej państwo. Zaraz przyjeżdżam".
Kiedy przyjechała usiadły razem na łóżku i zaczęły rozmawiać. - Nawet nie myśl o umieraniu - mówi do niej Sobol. - Zacznij wreszcie coś dawać z siebie. Wstań ubierz się wyjdź - tłumaczyła staruszka. - Zobacz ilu tu ludzi potrzebuje twojej pomocy. Ilu jeździ na wózkach nie ma nóg, rak. Ilu z nich jest w gorszym stanie od ciebie.
Minął tydzień i Elżbieta Konopska wstała. Poszła na miasto. Najpierw do ośrodka gdzie spotykają się niepełnosprawni. Potem na Jagiellońską, gdzie spotykają się alkoholicy.
- Powiedziałam dzięki ci Boże za to co mam. I zaczęłam bezinteresownie pomagać. Bez żadnego interesu tak od siebie, od serca. Na początku mi nie ufali, bo to stara Praga. Myśleli że chcę jakieś pieniadze za sprzątanie, a ja że nie. Chcę im tylko okna umyć, zakupy zrobić, jedzenie od sióstr przynieść, posprzątać. Co z tego mam? Proszę zobaczyć minęło już tyle czasu, a ja wciąż jestem zdrowa - mówi Konopska. - Nie ma przerzutów. Ale najpiękniejsze jest to, że oni na mnie czekają. Jestem im potrzebna
piątek, 18 września 2009
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)